Cześć Przyjacielu!
No i stało się, wyciągnąłem ten nieszczęsny los na loterii, chociaż – bądźmy ze sobą szczerzy – sam te losy sumiennie kupowałem przez czterdzieści lat w każdym napotkanym kiosku. Paliłem jak smok, więc ten mój rak płuc to taka trochę spóźniona karta stałego klienta od przemysłu tytoniowego. Kiedy lekarz pokazał mi wyniki z tą groźną miną, pomyślałem tylko: No dobra, sam sobie naważyłem tego piwa, ale przecież nie z takim twardzielem te numery!.
Jasne, leczenie to nie są wczasy pod gruszą, włosy lecą, a szpitalne jedzenie woła o pomstę do nieba, ale staram się traktować to jak darmowy, sponsorowany przez NFZ detoks. Ten guz to dla mnie tylko taki upierdliwy lokator na gapę, któremu właśnie wręczyłem wypowiedzenie z trybem natychmiastowym. Lekarze pompują we mnie te swoje magiczne chemiczne koktajle, a ja z każdym wlewem uśmiecham się pod nosem, czując, jak ten intruz w panice pakuje walizki.
Jesteśmy facetami z krwi i kości. Przeżyliśmy w życiu pewnie gorsze rzeczy niż jakiś zbuntowany kawałek własnego organizmu, więc jestem absolutnie pewien, że i z tym sobie poradzimy.
Trzymaj się tam ciepło i nie daj się zwariować!
Z żołnierskim pozdrowieniem, Zbyszek
